czwartek, 31 stycznia 2013

Wstęp, czyli krótka historia kariery gracza

Gdy na początku lat dziewięćdziesiątych dostałem konsolę o nazwie Televison Computer System, byłem przekonany, że rzeczywiście mam w rękach świetny komputer. Po latach okazało się, że jest to podróba Atari 2600, chociaż w tamtych czasach nikt się czymś takim nie przejmował. Po pierwsze orientacja była marna, po drugie nie słyszałem wtedy, by ktoś miał w domu Atari 2600, a po trzecie - w TCS było około setki gier wgranych do pamięci, gdzie w oryginalnej konsoli trzeba byłoby dokupować kartridże.

I tak rozpoczęło się moje przegrane życie. W 1993 roku jeszcze bardziej dostało mi się po dupsku, gdy podczas jednej z wizyt "na zakupach" w większym mieście, jakim było dla nas Giżycko, tata zapytał mnie "jaki komputer kupić? Biały, czy czarny?". Mając sześć, czy siedem lat, powiedziałem, że czarny. Czy ktoś normalny widział w tamtych czasach czarny komputer? Mama też była za tą opcją, bo w dużym pokoju będzie pasował do mebli. I tak pewnego marcowego dnia otrzymałem do rąk miesięcznik "Magazyn Amiga", a wieczorem z Giżycka przybyła czarniusieńka Amiga CDTV, która miała dyskietki i dziwaczne lustrzane płyty. W całym Węgorzewie nie było możliwości zobaczyć takiego cudeńka! Dopóki sąsiad z góry nie kupił z zazdrości takiego samego sprzętu (a charakter miał nieziemski, oprócz tej samej Amigi CDTV, kupił takie same czarne meble i takiego samego czarnego pudla - zmora w takim małym wygwizdowie).

Amiga służyła mi nieprzerwanie do 1999 roku! Poważnie! Nie mając innej alternatywy, bawiłem się starymi grami, bo nowe, albo nie wychodziły, albo nie można było ich "załatwić". Nie żeby w tym czasie wszyscy jeździli na swoich pecetach, skąd! Do 1999 roku moja Amiga nadal robiła furorę, bo niemal wszyscy znajomi używali Pegasusów. Mogli wymieniać się grami, raz na jakiś czas coś jeszcze wychodziło u nich świeżego. A ja samotnie używałem swojej starutkiej, zapomnianej przez cały świat, Amigi.

W czerwcu 1999 roku dostałem peceta. Okazało się, że przeszukiwanie każdego foldera w celu znalezienia nowych gier, to jedna z najmniej efektywnych, żmudnych czynności, jakie miałem do wykonania. Wcześniej znałem środowisko Windows 3.11 (na laptopie służbowym mojego taty), teraz miałem własny pulpit, na którym umieszczałem ikony swoich odinstalowywanych gier (myślałem, że tak oszukam system). Na dyskietkach pewnie do dziś mam wiele ikon z gier, które niby "zmieściły się na dyskietce". Im później, tym normalniej. Samo poznawanie komputera przestawało budzić taką ekstazę. Gdy w 2002 roku miałem dostęp do internetu, po raz kolejny odkrywałem na nowo cyfrowy świat. Czaty, porno, nielegalne gry itp. Dostęp do emulatorów! Teraz nie musiałem kupować konsoli, żeby grać w Final Fantasy, Dragon Ball'e i inne Pokemony.

Byłem dzieckiem wychowywanym nie tylko na książkach i filmach, ale także na czasopismach: Top Secret, Secret Service, stare CD-Action. Potrafiłem kupować w połowie lat dziewięćdziesiątych niektóre z tych tytułów tylko po to, żeby popatrzeć na screeny nowych gier, peceta wtedy przecież nie miałem. W niektóre z tych wymarzonych zagrałem dopiero po osiemnastu latach!

I właśnie po to jest ten blog. Opisać, w odcinkach, część swojej growej historii. Pierwotnie miałem umieszczać teksty na MajinFox - Recenzje, jednak strona stała się hermetyczna i nie widziałem sensu mieszać komputerów z literaturą. Teraz w oddzielnej szufladzie, będę mógł pastwić się i podniecać nad grami, które napotkały moją dzielną osobę. Grałem w około tysiąc albo i więcej tytułów, przeszedłem setki. I mam prawo się podzielić ze światem moją opinią, bo... Przegrałem życie i nie żałuję z tego ani jednej chwili.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...